Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aries. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aries. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2019

Od Aries CD. Lucyfera

- Byłem ciekawy czy twoje oczy rozświetlą mrok tej jaskini i przyznam spodziewałem się lepszego efektu.- powiedział lew dość ironicznie. Jego obecność zaczęła mnie irytować. Przez chwilę miałam ochotę odejść, ale tego nie zrobiłam. Wtedy pokazałabym moją słabszą stronę, a tego nie chciałam. Niech wie, że dojrzałam do pewnych uwag, wypowiedzi, przemyśleń i zachowań.
- Wiesz, wydaje mi się, że nie jestem latarką. Nie wiem, na co liczyłeś.- powiedziałam, udając duże zastanowienie nad tym, czy powinnam zatrudnić się jako latarnia. Nie wzięłam jego uwagi do serca, za bardzo mnie ona nie obchodziła.
- Liczyłem na to, że Twoje oczy chodź trochę rozbłysną.
- Oh, wybacz. Me oczy lśnią tylko, gdy widzą wyzwanie. Tu go nie ma.- powiedziałam i skierowałam się w stronę wyjścia z jaskini. Słyszałam, że jeszcze coś mruczał pod nosem, jednak nie interesowało mnie to za bardzo. - A, no i przyznam szczerze, że ognisko w tak upalną pogodę o idiotyczny pomysł.- spojrzałam ostatni raz w jego stronę, wychodząc z jaskini. Przed wejściem zmieniłam się w człowieka, gdyż z tak grubą sierścią, jaką posiadałam, nie dało się wytrzymać. Zdjęłam z nadgarstka gumkę do włosów i związałam je w fioletową kitkę, powiewającą na delikatnym wietrze. Przez chwilę miałam wrażenie, że zachowałam się jak zwykła suka, ale trudno. Jeśli dalej ma zamiar utrzymać ze mną jakikolwiek kontakt, przyjdzie i mi to powie. Jeśli nie, po prostu mnie oleje. Nie będę za nim płakać. Nie jestem do niego przywiązana ani nic. Więc zwisa mi jego zdanie na mój temat. Ważne, że ja wiem, że jestem osobą wartościową, a co on myśli mam głęboko gdzieś. Usłyszałam, że wychodzi z jaskini krzycząc za mną. Postanowiłam to zignorować i zobaczyć jego reakcję. Może teraz też mi powie, że wyglądam jak tygrysica?
- Aries, poczekaj!- krzyknął po raz ostatni, odpuszczając sobie dalsze wołanie mnie. I bardzo dobrze. Niech sobie znajdzie inną, która będzie jego pochodnią. Ruszyłam w stronę zamku przymierzyć moją suknię, w której miałam być na ślubie. Nie musiałam tego robić teraz, tak teoretycznie, ale chciałam zrobić. Potem pewnie jeszcze w niej pochodzę, żeby się przyzwyczaić. Nie to, że jest niewygodna czy coś, jednak ja jestem lwicą, która chyba najmniej chodzi w sukienkach. No cóż, przynajmniej nie muszę się martwić, że jakiś lew do mnie podbije i będzie pokazywał swoje uroki. Chociaż tyle spokoju miałam, co mnie całkiem cieszyło. Sama wyznawałam sposób "Jak ma mnie pokochać, to za charakter". I tego się trzymałam. Po raz kolejny przez myśl przeszła mi informacja, że zachowuję się jak savage bitch. Ale trudno. Coś za coś. Zanim się obejrzałam, byłam już pod zamkiem. Weszłam do środka, gdzie momentalnie uderzyła we mnie duchota. Za dużo ludzi. Szybko udałam się do swojej komnaty, gdzie czekała na mnie suknia. Chwyciłam ją i weszłam do łazienki. Zdjęłam swoje dotychczasowe ubrania i założyłam sukienkę. Co prawda, trampki średnio pasowały do sukni, ale mimo wszystko, wyglądały z nią ładnie. Stanęłam przed lustrem i zrobiłam obrót wokół własnej osi, oglądając jej ułożenie. Prezentowała się pięknie. Rozpuściłam włosy i lekko rozczochrałam dłonią. Była bardzo wygodna, więc postanowiłam wyjść w niej na zewnątrz. Robiło się powolutku ciemno. Zbiegłam po schodach, nie zważając na nikogo i na nic. Już po chwili byłam przed wejściem do pałacu. Udałam się wprost do ogrodu, pospacerować sobie i zobaczyć, czy Lucyfer przyjdzie, czy jednak nie. Z czystej ciekawości byłam pewna jego zachowania. Że mnie oleje. Klasycznie. Z resztą, kto fatygowałby się po tak niewartościową osobę, jaką jestem ja. Przestałam o tym myśleć, więc postanowiłam usiąść sobie na pobliskiej ławce. Wokoło biegała trójka dzieci, dwie dziewczynki i jeden chłopiec. Słodko razem wyglądali, za nimi przyszła Elhemina. Z tego co mi było wiadomo opiekowała się nimi, ze względu na zamknięcie Estery. Żal mi było tych dzieci. Nawet nie wiedziały, że Mina nie jest ich prawdziwą matką. Jedynie opiekunem prawnym bądź macochą. Dużo lwów wychodziło z pałacu, gdyż było ciepło ale nie gorąco, idealna pora dnia dla niektórych. Nie wszyscy mogą pozwolić sobie na wyjście w pełnym słońcu na dwór. W powiększającej się grupie ludzi zauważyłam Lucyfera, zmierzającego w moją stronę. Wywróciłam oczami na jego widok. Ciekawe, po co przyszedł.
- Czemu tak uciekłaś? - zapytał, siadając obok mnie.
- Podałam Ci wystarczające argumenty wcześniej. Skleroza? - zapytałam, zakładając ręce na piersi.
- Piękna suknia. - definitywnie usiłował zmienić temat. - Umiesz tańczyć? - zapadła chwila ciszy. Co to, wywiad?
- Dzięki, i tak, umiem.
- Na pewno nie lepiej ode mnie.
- Oh, wyczuwam wyzwanie? - zapytałam, a me oczy błysnęły.

Lucyfer? c:

poniedziałek, 29 lipca 2019

Od Aries CD. Vlada III

- I co? Jak się podobają?- powiedział Vlad odsłaniając mi dwadzieścia dziewięć tortów. Na mojej twarzy było widać jedynie "Co". Podeszłam bliżej i zaczęłam je oglądać. Na pewno były to makiety bądź prokejty tych tortów.
- To są makiety, nie? - powiedziałam, dotykając delikatnie jednego z tortów. Na wszelki wypadek przygotowałam się do łapania cudeńka, gdyby miało spaść. O dziwo, po dotknięciu nie poczułam kartonu z farbą, a ciasto z kremem.
- Nie, skąd ten pomysł? - powiedział zaskoczony, jednak po chwili zaśmiał się z mojej reakcji i zakrył maleńki odcisk palca cukrowym kwiatem. Byłam szczerze zdziwiona rozmiarem, efektywnością i wielkością wypieków. Oblizałam palec.
- I masz zamiar wystawić to na stoły, żeby wszyscy mogli je jeść?
- Tak. - nie wierzyłam własnym uszom. Wszystko wyglądało tak pięknie, a on miał zamiar to dać WSZYSTKIM do zjedzenia? Czy on upadł na głowę?
- Czy na pewno się dobrze czujesz? - Vlad po usłyszeniu tego zaśmiał się.
- Na pewno. - powiedział, dalej się śmiejąc. Obszedł jeszcze cały stół dookoła, aby sprawdzić, czy nic nie jest uszkodzone. Dalej nie mogłam uwierzyć, że miał zamiar to wystawić na próbę przetrwania. Przecież na ślubie miało być strasznie dużo ludzi, w tym również dzieci. Jak to na weselach, zawsze się coś stłucze albo upadnie, jednak nie mogłam sobie wyobrazić, jak upada taki kilkuset kilogramowy tort. Przecież to jest cięższe od niejednego człowieka czy lwa. Osobiście bym się wku***ła, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Coś, nad czym spędziłam X czasu, miałoby się zepsuć w kilka sekund. Ale może tylko ja taka jestem? Niezależnie od tego, czy to kwestia wieku, charakteru czy Bóg wie czego, nie wystawiłabym tego na stole wraz z innymi słodyczami.

 
Vlad?


niedziela, 28 lipca 2019

Od Aries CD. Sorciego

Ucieszyłam się, słysząc jego słowa. Wybiegłam z sali jak poparzona, ciesząc się końcem roboty tak wcześnie. Szybko udałam się w stronę wyjścia z pałacu. W oddali usłyszałam cichy śmiech Sorciego. Był to... Bardzo ładny śmiech. Taki ciepły. Ale nie zwracałam już na to uwagi, pchnęłam drzwi i stanęłam przed wyjściem na zewnątrz. Był ciepły, lipcowy wieczór. Fioletowo - różowo - żółte niebo przyozdabiały gwiazdy, lśniące białym blaskiem. Aż prosiły się, żeby wyjść i na nie popatrzeć. Tak też zrobiłam. Po chwili byłam już w ogrodzie, podziwiając kwiaty w świetle księżyca. Niektóre były wręcz niewidoczne w cieniu większych krzewów, a niektóre mieniły się srebrzystym poblaskiem. Wyglądały pięknie, a sama zachwycałam się nimi bardziej, niż czymkolwiek innym. Dziwiłam się, że rośliny dalej rosły, ponieważ było strasznie upalnie, a po deszczu nie było śladu od dobrych kilku dni. Niby są ogrodnicy, ale nigdy nie widziałam, żeby tu cokolwiek podlewali. Może to przez to, że przez ostatnie dni czas spędzałam tylko w zamku, ewentualnie na ala dziedzińcu, gdzie liczyłam skrzynki. Poza tym z kuchni do sali balowej, z sali balowej do kuchni, z kuchni do komnaty, z komnaty do kuchni. I tak w kółko. Jadłam mniej normalnego jedzenia, ale to pewnie przez to, że Vlad wpychał we mnie słodycze. Może przynajmniej schudniesz, leniwa dupo. Podczas gdy ta myśl postanowiła mnie nawiedzić, ja nie widziałam żadnej różnicy w mojej sylwetce. Żadnej. Ani nie schudłam ani nie przytyłam. Przynajmniej tak mi się wydawało. Jeszcze chwilę chodziłam po ogrodzie, gdy ujrzałam Vlada III z dużo młodszą od siebie kobietą. Oczywiście, chęć dowiedzenia się, kto to była silniejsza niż zdrowy rozum, który mówił, żeby ich ominąć lub wrócić do pałacu. Mimo wszystko nie podsłuchiwałam ich rozmowy. Wróciłam do swojej komnaty robiąc się coraz bardziej senna. Co się dziwić, cały dzień jestem na nogach. Otworzyłam zamek kluczami i wpadłam do środka. Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam, aby zasłonić okna. W łazience przebrałam się w piżamę, rozpuściłam włosy z koka i opadłam na łóżko. Rozczochrałam lekko dłonią włosy i położyłam się całkowicie. Zgasiłam światło i zamknęłam oczy.

***
Byłam szczerze zdziwiona, bo obudziłam się sama, była godzina siódma rano, a nikt nie czekał na mnie z sarkastycznym "Oho, księżniczka wstała.". Podniosłam się z łóżka całkiem wyspana. Normalnie zrobiłabym sobie kawę, ale od rana gorąc dawał o sobie znać, więc chwyciłam po szklankę i nalałam sobie zimnej wody. Szybko wszystko wypiłam i udałam się do łazienki, by wziąć prysznic. Ta czynność raczej szybko mi minęła, więc po wytarciu ciała ubrałam się i wyszłam z pomieszczenia. Udałam się do kuchni nalać sobie sok. Cholernie chciało mi się pić, a był dopiero początek dnia. Miałam mokre włosy więc postanowiłam ich nie wiązać. Szybko wypiłam napój i usłyszałam pukanie do drzwi. Oho, Sorci sobie o mnie przypomniał.
- Otwarte! - krzyknęłam a w drzwiach stanął bratanek Lunaver.
- Oh, już nie śpisz. W takim razie chodź. - powiedział i wyszedł z mojej komnaty. Ja poszłam z nim, zamykając swoje drzwi na klucz. Na salę dotarliśmy szybko, więc od razu chwyciłam za kosz z bochenkami chleba i zaczęłam rozkładać je na talerze.

Sorci?

środa, 24 lipca 2019

Od Aries CD. Sorciego

W tym momencie zazdrościłam Sorciemu, że jest facetem. Upał był nie do zniesienia, ale on przynajmniej mógł zdjąć koszulę, przy czym jeszcze połowa pałacu się za nim uganiała. A ja? Ja musiałam się grzać w spodniach i bluzce, dzięki bogu, nie w sukience. Jak dobrze, że będę tym skrytobójcą, a nie jakąś Srejdi Północy, czy Bóg wie czego. Poważnie zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy nie paradować po pałacu w kostiumie kąpielowym. Przynajmniej byłoby mi chłodnej. Nakryłabym się jakąś cienką narzutką i byłoby dobrze. Ale nie, bo po co. Ktoś by się zaraz przyczepił. Westchnęłam cicho i podniosłam skrzynkę.
- Co tak wzdychasz?
- Wyobraź sobie, że ja w przeciwieństwie do Ciebie bluzki nie zdejmę. - powiedziałam, mierząc go wzrokiem. W sumie, wyglądał całkiem ładnie. Zaraz, Aries, co ty pieprzysz? Przecież on jest od Ciebie dwadzieścia lat starszy. Co ty sobie wyobrażasz? Myśli zagłuszałymi całą resztę świata.
- Aries, haloooo! - ledwo usłyszałam przez natłok emocji i przemyśleń.
- Co? - skarciłam się w duchu za tę odpowiedź. Jak mogłam odpowiedzieć "Co?"? J-A-K. - Znaczy, słucham. - dodałam po chwili.
- Zawiesiłaś się. Wszystko w porządku?- powiedział dosyć zmartwiony. To było miłe.
- Tak, dlaczego miałoby być nie w porządku? - to pytanie zastanowiło nawet mnie samą, mimo, że kierowane było do Sorciego. Nic nie odpowiedział, jedynie odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę sali. Zrobiłam to samo, bo w gruncie rzeczy, takie było moje zadanie. Pomóc mu przy tym. I tak byłam już pełna podziwu dla niego, że ze mną wytrzymuje. Co - jak na moje zdanie - było wręcz niemożliwe. Więc do takich ludzi, jak Asagiri lub Sorci miałam pełen szacunek, za tą wyrozumiałość dla mnie. Idąc znowu się zamyśliłam i potknęłam o własne nogi. Skrzynka z kieliszkami leciała w górę, a ja przekręciłam się na plecy, jakby w nadzieji, że je złapię. A i tak wiedziałam, że wylonduję w szpitalu. Przestałam myśleć, jedynie oczekiwałam na huk tłuczącego się szkła, ból i krew. Skrzynka zdawała się zatrzymać w czasie. Mimo wszystko bałam się otworzyć oczu. To pewnie Sorci ją trzyma. Ale w takim razie... Chyba by się odezwał?
- Aries, co ty robisz? Wstawaj, idziemy dalej! - powiedział. Powoli otworzyłam oczy, delikatnie przesuwając ręcę w dół. Skrzynka dosłownie zatrzymała się w powietrzu. Powoli odsunęłam ręcę w lewo, a skrzynka powędrowała za nimi. Zaraz, co? Czy ja posługuję się telekinezą? Nie. Pewnie ta skrzynka na mnie spadła, straciłam przytomność i mi się to śni. Nie wiedziałam, czy naprawdę, czy we śnie, wstałam, wzięłam skrzynkę w jedną rękę, drugą się otrzepałam i jak gdyby nigdy nic, poszłam za Sorcim rozstawiać kieliszki na stołach.

Sorci? 

wtorek, 16 lipca 2019

Od Aries CD. Vlada III

- Aries, twoja kolej na zajadanie.- powiedział Vlad, a ja chyba po raz pierwszy byłam zadowolona z tego, że muszę spróbować tyle słodyczy. Uwielbiałam jeść bezy, zdecydowanie tak. Może stwierdzenie, że "mogłabym jeść je bez końca" byłoby błędne, bo każdy ma swoje granice, ale raczej nie odmówiłabym sobie takiej pyszności, nie ważne w jakich okolicznościach. Bezy to najwspanialsze, co świat wymyślił.
- Nie jest to dla mnie problem. - spojrzałam ze złośliwym uśmiechem na Asagiri, która była chyba zawiedziona moją reakcją. Vlad lekko się zaśmiał.
- Zapraszam. - pokazał gestem ręki na słodycze. Dosłownie słyszałam jak burczy mi w brzuchu. To chyba była pierwsza partia słodyczy, którą zjadłam tak szybko i bez marudzenia. Bezy były niczym delikatne chmurki, same bądź z innymi dodatkami. Każda smakowała inaczej na swój własny, oryginalny sposób. Oczywiście, w dobrym tego słowa znaczeniu. Byłam pod wrażeniem umiejętności cukierniczych Vlada. Przez chwilę miałam w głowie myśl, aby pobić go w tej dziedzinie. Ale zrezygnowałam, gdyż pomoc tak wybitnego cukiernika zawsze się przyda. A skoro smakowały mu nasze babeczki to znaczy, że nie było aż tak źle. Bez było na prawdę dużo, ale nie straszne to dla mnie.
- Pyszne. - powiedziałam, ocierając usta. Wzięłam sobie jedną babeczkę z jagodami i ugryzłam. Byłam naprawdę dumna z naszej pracy, babeczki smakowały wyśmienicie. Zobaczyłam uśmiech na twarzy Vlada.
-Zostaw, to nie dla Ciebie. - powiedziała Asagiri. Na co ja jedynie zamoczyłam palec w kremie i wytarłam go o jej nos.
- Teraz tak chodź. - zaśmiałam się, czekając na dalszą reakcję Vlada co do mojej opinii.

Vlad?
Wiem, że to badziew cx

Od Aries CD. Sorciego

Wraz z Sorcim skończyliśmy dekorować salę balową wieczorem, więc zmęczona, wróciłam do swojego pokoju i poszłam spać. A właściwie... usiłowałam iść spać. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, hm, ciekawe dlaczego, pomyślmy, do tego doszedł ból brzucha. Dochodziła północ, a ja, niczym bardzo seksowny placek ziemniaczany, leżałam na łóżku umierając z bólu. Cisza dobijała mnie jeszcze bardziej, więc postanowiłam się przewietrzyć. Zarzuciłam na siebie jakąś bluzkę i spodnie, żeby nie paradować po ogrodzie w piżamie. Mie był to jednak dobrym pomysłem, po wyjściu uderzyła we mnie fala gorąca, a komary przyczepiały się do mnie jak rzep do psiego ogona. Nie mogłam zrobić nic innego, jak po prostu wrócić do zamku. Tak też zrobiłam.
~*~

- Aries, pobudka!- usłyszałam głośne wołanie.
- Mamo nooooo, jeszcze chwilę.- powiedziałam markotnie, chowając głowę w poduszkę. Dopiero po chwili zrozumiałam, że nie był to kobiecy głos, ale postanowiłam nie przyznawać się do błędu.
- Wstawaj leniu.- usłyszałam po raz kolejny i poczułam, jak ktoś dosłownie kradnie mi kołdrę.
- Jeb**y złodzieju, oddawaj mi kołdrę!- poderwałam się z łóżka i ledwo przytomna zobaczyłam twarz Sorciego. - Oddaj.- powiedziałam już spokojniej. Wyrwałam mu z rąk kołdrę i poszłam do łazienki przebrać się w normalne ubrania. Wyszłam po dłuższej chwili, a Sorci najwyraźniej zmęczony czekaniem na mnie przysiadł sobie na krześle.
- Już? Bo czekamy tylko na Ciebie- mówił zniecierpliwiony, na co ja po prostu wyszłam z mojej komnaty. Idąc korytarzem napotkałam zegarek - piąta rano.
-Boże, człowieku, życie Ci nie miłe, że budzisz innych tak wcześnie?- pytając przetarłam zmęczone oczy. Czekałam na odpowiedź. Czekałam i czekałam. I finalnie się nie doczekałam, bo okazało się, że odpowiadając mi w trakcie przemieszczania się "marnuje swój czas na przygotowania".

- Na dzisiaj mamy zaplanowaną budowę różanej ściany przed wejściem do sali balowej, dekorację głównego wejścia do zamku, holu, kolumn i schodów. Zostaliście podzieleni na zespoły na stałe przypisane do konkretnego miejsca, plany dekoracji zaraz wam rozdam. Ja i Aries będziemy chodzić od jednego stanowiska do drugiego i sprawdzać jak idzie praca przy każdym z nich. Na początek jednak będziemy pracować przy ścianie z róż.- powiedział a wszyscy rozeszli się do swoich stref pracy.
- To zaczynamy pracę. Ja zajmę się częścią na górze.- powiedział wskazując się na jeszcze więcej tych przeklętych kwiatków.
- Ostatni raz się bawię oragnizowanie ślubów, tymbaedziej kiedy Lunaver ma tym wszystkim zarządzać. - wymamrotałam pod nosem. Sorci jednak tego nie usłyszał, bo już wspinał się na drabinę z wiaderkiem tych cholernych róż, żeby zacząć je przywiązywać. Było to piękne, ale pomyślałam, że na mój ślub chyba poproszę o inne kwiaty, bo na te się już napatrzyłam. Chwilę przyglądałam się jego pracy, a kiedy miałam brać swoje wiaderko i wstążkę, pocichutku wyszłam z sali, żeby napić się kawy. On tam sobie chwilę da radę sam, a ja tylko wypiję i przybiegnę z powrotem. Do pokoju udało mi się dobiec spokojnie tak, żeby nikogo nie obudzić. Znaczy, chyba. Szybko zaparzyłam sobie kawę, dolałam mleka i wzięłam łyka. Usiadłam przy stoliku, żeby dopić ją do końca. Pałac zaczynał żyć, za czym idzie zaraz obudzi się poganiacz niewolników. Szybko przechyliłam kubek z płynem do góry i wypiłam resztkę napoju. Przetarłam usta i szybko wyszłam z komnaty. Pobiegłam na salę w nadziei, że Sorci nie zorientował się, że nie było mnie tam jakieś dziesięć minut. Dobiegłam na salę w idealnym momencie, po chwili odwrócił się.
- Co ty taka zdyszana? Maraton przebiegłaś?
- Nie, po prostu... Jest tu troche duszno. - odpowiedziałam z uśmiechem i wzięłam wiaderko.

Sorci? 

poniedziałek, 15 lipca 2019

Od Aries CD. Vlad III

- Dziewczyny potrzebuję pomocy w ocenieniu wyglądu i smaku eklerków i ptysiów. Mogłybyście pomóc? Nie ma ich jakoś dużo...- rzekł Vlad patrząc na nas wzrokiem "No proszę, zgódźcie się". Porozumiewawczo wymieniłam spojrzenia z Asagiri, po czym udałyśmy się za jej dziadkiem do stołu. Szczerze, nie wierzyłam, aby było ich mało. Chociaż zależy, jak mało jest dla Vlada, żeby on mógł stwierdzić, że jest czegoś "mało". Po dotarciu na miejsce, pierwsze co ukazało się moim oczom - piętrzące się ptysie oraz eklerki. Nie było to dla mnie zadziwiające, domyśliłam się, że będzie ich dużo. Jednak przeraził mnie fakt, że mamy spróbować po jednej z każdego rodzaju. Zaśmiałam się w duchu. Zazdroszczę takiego dziadka. I miałam kolejne refleksje, jakim cudem Asagiri wygląda tak szczupło, przy dziadku, który pomoże nabawić się cukrzycy każdemu. Nadwagi też.
- Przepraszam, ale musimy ogarnąć jeszcze babeczki, ja zajmę się przygotowaniem ciasta a w tym czasie Asagiri oceni smaki tych cudeniek. - powiedziałam patrząc triumfalnie na złą Asagiri. Vlad tylko kiwnął głową, na co ja odeszłam śmiejąc się pod nosem.
~*~
Minęła godzina, a moja towarzyszka od spraw cukierniczych wróciła z jednoznaczną miną. Zaśmiałam się na jej widok. 
- Bardzo śmieszne. - powiedziała wkurzona.
- Ja już mam dwadzieścia kilo więcej na wadze, co ty chcesz ode mnie. - dalej śmiałam się, kiedy w pewnym momencie oberwałam mąką prosto w twarz.
- O ty zmoro nieczysta... - odpowiedziałam na atak atakiem, a już po chwili nasze stanowisko pracy zamieniło się w pobojowisko. Wszystko było w białej mące, dosłownie wszystko. Wyglądałyśmy teraz jak kafelki w kuchni. Prawdopodobnie trwałoby to do końca dnia, gdyż każdy, kto przechodził i nas widział, śmiał się z nas. Ale nie podszedł bliżej, bo bał się, że dostanie mąką. Wszystko byłoby cacy, gdyby do kuchni nagle nie wparowała Lunaver.
- Matko Boska, co tu się dzieje! Posprzątajcie to, natychmiast! - krzyknęła wściekła i odeszła doglądać reszty, żeby nie podnieść sobie ciśnienia nami jeszcze bardziej. Wybuchłyśmy śmiechem.
- Jeszcze wam do śmiechu?! - zapytała z drugiego końca kuchni, więc otrzepałyśmy się i zaczęłyśmy zamiatać podłogę. Po chwili wszystko lśniło, więc zabrałyśmy się za wypieki. Postanowiłyśmy nie ciągać nikogo do próbowania ich, więc po zrobieniu kremu, a przed ozdobieniem nim babeczek próbowałyśmy je same. Czas upłynął szybko, a gorące babeczki stały na stoliku.

Vlad?


niedziela, 14 lipca 2019

Od Aries CD. Sorciego

-Aries, tobie wolę nie dawać lodu do rąk więc masz tu plan pomieszczenia, znakiem "X" zaznaczone są miejsca gdzie mają stać bryły. Pilnuj, żeby tam były ustawione. W większości mają stać na stołach ale niektóre muszą stanąć na podłodze. - Powiedział Sorci a ja zgodnie z jego prośbą udałam się do sali balowej pilnować właściwego ułożenia skrzynek. W sumie nie dziwiłam się mu, że nie chce mi dać czegoś tak kruchego jak lód do rąk. Skoro nie umiałam utrzymać szkła, to dlaczego miałabym utrzymać lód, roztapiający się pod wpływem ciepła moich dłoni? Bał się, że zniszczę kolejną rzecz, to zrozumiałe. W pewnym momencie chciałam się poddać, powiedzieć Ver, że wszystko niszczę, a ona zaprzęgając mnie do roboty tylko pogarsza zniszczenia, ale to naraziłoby mnie na jeszcze większy ochrzan. Więc właściwie nie mając innego wyjścia, odpędziłam te myśli i wróciłam do pracy.  Wszystko szło tak jak powinno, więc nie było to ciężkie zadanie. Zamrożone w wodzie róże stały tam, gdzie powinny, więc nie przykładałam większego wysiłku do tej roboty. Przechodząc od stołu do stołu, trąciłam łokciem jedną różę. Jednak tym razem, szczęście w nieszczęściu, wypuściłam kartkę na ziemię i złapałam mroźne cudeńko. W nadziei, że nikt nic nie widział, odstawiłam kwiat z powrotem tak, jak stał, podnosiłam kawałek papieru, i jak gdyby nigdy nic, rozglądałam się dalej, uważając, aby znowu nic nie strącić. Sorci gdzieś zniknął, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co. Jednak nie przejmowałam się tym za bardzo, w końcu, nie byliśmy dla siebie nikim szczególnym. Po chwili wszystko było poustawiane, więc zadowolona z tego, że wszystko szło po mojej myśli, zaniosłam wiadro z samymi głowami róż do kuchni i na wszelki wypadek jeszcze raz sprawdziłam, czy wszystko ma się dobrze. Na szczęście, tylko jedna rzeźba stała nie na swoim miejscu, więc szybko to ogarnęłam i udałam się na poszukiwania Sorciego. Byłam ciekawa, jaka będzie jego reakcja na to, że nic nie zwaliłam. Sama byłam w szoku. Więc dumna, szłam po korytarzach zamku rozglądając się dookoła. Nigdzie nie było Sorciego, co trochę mnie zmartwiło. Zostawiłby mnie, samą z ludźmi, którzy na dobrą sprawę, mieli się mnie słuchać? Przyśpieszyłam kroku. Stwierdziłam, że zacznę o niego pytać dopiero, po obejściu miejsc, w których może być. Szczęście w nieszczęściu znalazłam go w jednej z sal, podnoszącego skrzynki. Pracował bez górnej części garderoby, co mnie raczej nie zdziwiło, było na prawdę ciepło. Była to najprawdopodobniej kolejna skrzynka z jakimiś ozdobami, bo z czym innym? Po chwili podeszła do niego jakaś lwica, która na pewno nie była jedną z jego żon. Zrobiło mi się cieplej, po spojrzeniu na...po prostu, na niego. Nie wiedziałam, czy podejść, dziewczyna była sto razy atrakcyjniejsza niż ja.

Sorci? 

Od Aries CD. Rin

Wybrałam się do sali, w której wcześniej wybierałam suknie dla druhen. Miałam nadzieję, że znowu czegoś nie zwalę. Postanowiłam wybrać sobie drugą suknię na wesele. W końcu, nie będę hasać cały tydzień w jednej sukni. Szybko wejdę, jakąś wybiorę, wezmę ją i wyjdę. A gdyby podczas uroczystości ktoś o nią pytał to powiem, że miałam ją wcześniej, cokolwiek. Miałam dziwne wrażenie, że źle robię, wchodząc tam bez pytania i najprawdopodobniej sama. Stanęłam przed drzwiami i już wyciągnęłam dłoń w stronę klamki, w tym momencie zawahałam się. Wszystko było tam piękne i aż prosiło się o to, żeby wybrać jedno cudeńko z tamtejszych wieszaków, ale z drugiej nie wiedziałam, czy nie dostanę za to ochrzanu. Mimo wszystko postanowiłam tam wejść. Położyłam dłoń na klamce, pociągnęłam ją w dół i pchnęłam drzwi do środka. Było to chyba jedyne miejsce które nie miało być zawalone różami, co mnie cieszyło. Na szczęście w środku panowała głucha cisza, co oznaczało, że nikogo tam nie było.  Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam do długiego ciągu wieszaków, na którym znajdowały się przeróżne suknie. Zaczęłam przebierać to jedną, to drugą ręką, oglądając je wszystkie. Kilkanaście wieszaków dalej zauważyłam piękną, pastelowo żółtą kreację. Nie zobaczyłam jej całej, jednak bardzo chciałam to zrobić. W tym momencie przeszkodził mi dźwięk otwieranych drzwi. Miałam dosłownie kilka sekund, aby wskoczyć w cokolwiek i się schować, albo coś wymyślić. Początkowo miała być to druga opcja, jednak po usłyszeniu podekscytowanego głosu Lunaver postawiłam na schowanie się między pudełka, zza których nie byłyby w stanie mnie zauważyć. W miarę cicho postawiłam przed swoją twarzą jedno z pudeł tak, żebym ja widziała je, a żeby one nie widziały mnie. Do pomieszczenia weszły Rin, Kalinda, Rosalie oraz nadzorca niewolników - koordynatorka Lunaver. Ochoczo o czymś rozmawiały, kiedy dwie z nich usiadły na czerwonej sofie, organizatorka wraz z panną młodą udały się za parawan. Wyszły dopiero po dłuższej chwili. Rosalie była ubrana w piękną suknię oraz welon. Sama bym nie pogardziła tak pięknym zestawem. Po chwili Rin, matka dziewczyny, wzruszona wstała z sofy i przytuliła swoją córkę.
- Vlad ma szczęście, że za niego wychodzisz, Rose. Wyglądasz pięknie, piękniej niżbyś mogła sobie wyobrazić.- powiedziała i usiadła z powrotem na swoje miejsce. Rosalie znów zniknęła za parawanem z Lunaver, i nie wychodziły przez jeszcze dłuższy czas niż przedtem. Rose wyszła w samej bieliźnie, która była zrobiona z kryształków. Zaczęłam jej współczuć, nie dość, że musiała być niewygodna, to zapewne ciężka. Co nie zmienia faktu, że wyglądała pięknie.
- I jak moje drogie? Co myślicie? Bo ja uważam, że Rose wygląda bosko. - powiedziała Lunaver pokazując Kalindzie i Rin jej wygląd. Chwilę milczała, dopiero po chwili postanowiła skomentować wygląd swojej córki.
- Uważam, że jest to dosyć odważne, ale cóż, noc poślubna jest jedyna w swoim rodzaju, można zaszaleć. Rose jak zawsze wygląda przepięknie. - rzekła, opierając się o sofę. Ja dalej siedziałam za kartonami w oczekiwaniu, aż wyjdą z sali.

Rose? 

piątek, 12 lipca 2019

Od Aries CD. Sorciego


- Świetnie, że ciotką Cię przysłała. Roboty mamy dużo, zejdzie nam na tym dobre kilka dni. Na dzisiaj mamy w planach dekorację sali balowej, jeśli uda nam się skończyć wcześniej, w co wątpię, zaczniemy dekorację holu. Później trzeba będzie zająć się dekoracją schodów, na poręczach przypinamy róże, później kolumny. Dzień przed samym weselem wysypiemy korytarze płatkami róż tworząc z nich dywany. A no i zapomniałbym, przed wejściem do sali balowej ustawiamy ścianę z czerwonych róż. - słuchałam jego wyliczania, a kolana pode mną się ugięły. Myślałam, że te róże to tylko na wypadek, gdybym znowu coś spieprzyła i je pogubiła, połamała, cokolwiek, a jednak okazało się, że w to wszystko trzeba będzie przystroić zamek. Sorci zaprowadził mnie na salę balową, podał listę gości zamieszczoną na korkach od win oraz kosz z pięknymi, niebieskimi winietkami, na których wypisane były wszystkie imiona i nazwiska gości.
- Aries, na razie na stoły roznoszą kwiaty i czekoladowe dekoracje mojego ojca, Ciebie w to mieszać już nie będę, kiedy zostaną położone talerze na każdym z nich musisz położyć odpowiednią winietkę zgodnie z listą w koszyku. Każdy koszyk ma swój numer i jest to również numer stołu na którym muszą się one znaleźć. Błagam nie pomyśl się, nie chcemy mieć tu żadnego skandalu ani usadzić obok siebie jakichś wrogów a będzie sporo monarchów. Kiedy skończysz przyjdź, pomożesz mi przypinać kwiaty do stołu dla młodych.- powiedział a ja tylko skinęłam głową na znak zgody. Ponieważ na stołach były karteczki z ich numerem, to zadanie było jednym z prostszych. Przy jednym stole siedziało około trzydziestu gości, więc nie była to szalenie trudna praca. Byłam pewna, że wszystko poukładałam dobrze, a jednak gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że nic nie zwaliłam. Podeszłam do drugiego z koordynatorów, gdy ten kończył układanie ogona pawi z kwiatów. Byłam pod wrażeniem jego pracy. Sama pewnie bym takiego nie wykreowała, bo albo bym się na to przewróciła, potykając się o powietrze, albo by mi coś nie wychodziło, wkurzyłabym się i odstawiła na bok.
- Chodź, pomożesz mi dekorować stoły do szampana.- na początku myślałam, że chodzi mu o lampki, dopiero po zobaczeniu ala budowli zrozumiałam, o co mu chodziło.
Przyczepialiśmy róże, które stworzyły spiralę wokół stołów. Jednak oczywiście nie mogło zabraknąć mojego rozwalenia czegoś, więc cofając się przypadkiem kopnęłam paletę z wiadrami róż, przez co wszystko się rozsypało, a ja w wyniku upadku i uderzenia się w głowę straciłam przytomność.
 
Sorci?

czwartek, 11 lipca 2019

Od Aries CD. Sorciego

Zgodnie z nakazem Lunaver udałam się do Sorciego dwie godziny po wymierzeniu mi kary za potłuczony wazon. Byłam wściekła, rozmawiała ze mną tak, jakbym specjalnie to upuściła, lekceważąc pracę i starania Elheminy. A wcale tak nie było. Miałam jedynie strasznie suche, przez co gładkie dłonie i wazon się wyślizgnął, przy chwili delikatniejszego uścisku. Jednak postanowiłam się z nią nie kłócić. W końcu, co tak strasznego może być w udekorowaniu pałacu? Pewnie wystarczy porozstawiać kilka wazonów i gotowe. Więc w czym problem? Ja na jej miejscu załatwiłabym mi coś innego, w końcu, jeden wazon stłukłam. Więc dlaczego dawała mi pracę, która wymagała umiejętności trzymania tego cholernego szkła tak, jak należy? Zobaczyłam lwa zastanawiającego się, od czego zacząć. A przynajmniej tak to wyglądało. Zauważyłam małe wiaderko z kilkoma różami, więc moja pierwsza myśl to było "Eeee, gładko pójdzie". Pewnie podeszłam do samca, nie obawiając się niczego. To nie zajmie więcej, niż dziesieć minut.
- Witaj, Sorci, zgadza się?
- Tak, miło mi Cię poznać.
- Aries, mi również. - skłoniłam głową na znak szacunku. - Lunaver pzysłała mnie, żebym pomogła Ci w dekorowaniu... W sumie, wszystkiego. - powiedziałam i zamarłam, gdy odwróciłam głowę w stronę wiaderka. Za ścianą, która wcześniej wszystko zasłaniała, aż po sam sufit leżały róże, ciągnące się przez kilkanaście, długich korytarzy. Moja mina pokazywała najprawdopodobniej jedynie "Co".

Sorci? 

Od Aries CD. Elheminy

- Oto bukiety. - wskazała dłonią Elhemina. Pomieszczenie, zwane również jej pracownią było całe w kwiatach. Calutkie. Ich ilość mnie dosłownie przeraziła. Kwiaty same w sobie były piękne, ale wyobraziłam sobie, jak zaprzęgają mnie do rozstawiania tego po sali niczym husky'ego do ciągnięcia sań. Lunaver spojrzała na swoją bratanicę zadowolona z jej pracy. Tak właściwie bez pytania postanowiłam wparować do środka i obejrzeć wszystkie cudeńka. Najprawdopodobniej ani Elhemina, ani jej ciotka nie były z tego zadowolone, ale nie miały wyjścia. Skoro już wrobiły mnie w wybory sukni, pieczenie babeczek i bycie druhną, to chcę chociaż zobaczyć z bliska, co będzie ozdabiało salę.
- To tylko bukiety, ciociu.- powiedziała Elhemina. Zaraz, co? TYLKO bukiety? Przecież tam było tego masa. Powinna sformułować to bardziej "Tu są wszystkie bukiety, ciociu.". W każdym razie coś w tą stronę. Zachwycił mnie jeden z nich, jeden z prostszych. Były tam czerwone i białe maki. Właśnie odmienność białych kwiatów mnie uwiodła. Pierwszy raz takie widziałam, a wyglądały na prawdę pięknie. Stały w małym, szklanym wazoniku z wodą. Chwyciłam w dłoń naczynie dalej przyglądając się kwiatom. Jednak wszystko szlak trafił, wazon wraz z bukietem wyślizgnęły mi się z dłoni i zaczęły zlatywać w stronę podłogi. Już po chwili pięknie ułożony bukiet zamienił się w kilkanaście kwiatów porozwalanych po podłogowych deskach, a szklany wazon roztrzaskał się na milion kawałeczków, przy okazji raniąc moje nogi. Ostrożnie obeszłam szkło uważając, aby nie strącić nic innego. Stanęłam obok koordynatorki i jej bratanicy.
- Przepraszam... - powiedziałam cicho.

Lunaver? 

środa, 10 lipca 2019

Od Aries CD. Vlada III

Udałam się do Vlada prosić o płynną czekoladę, gdyż wraz z Asagiri zajęłyśmy się babeczkami, a była nam potrzebna do tego potrzebna. Bałam się, że przez moje pytanie mogę przerwać mu pracę, za czym idzie, wszystko zniszczyć. Jednak co z tego, nikt inny mi jej nie da, a nie zostaniemy bez elementu praktycznie każdego naszego wypieku. No dobra, może trochę przesadziłam, ponieważ większość ma krem owocowy, aby nie było za słodko. Chociaż i tak nie można było powiedzieć, że nie było słodko. Cukru było od cholery, jedynie kwaśność np. cytryny trochę to niwelowała. Asagiri zaczęła mnie popędzać i sypać mąką, krzycząc "Rusz się po czekoladę leniwa dupo".
- Wybacz, masz sekundkę...?- powiedziałam bardzo cicho, jednak ten najwyraźniej mnie nie usłyszał.- Chciałabym pożyczyć trochę czekolady.- powiedziałam pewniej zauważając, że lew podnosi się z zadowoleniem znad cukrowych różyczek. Po chwili odwrócił wzrok w moją stronę, sięgnął po wiadro pełne ciepłej czekolady i mi je podał. Zapach był przecudowny. W tamtym momencie skarciłam się za to, że wcześniej nie brałam udziału w organizowaniu żadnego ślubu. Obok cudów Vlada zauważyłam brzoskwinie. Jedne z moich ulubionych owoców, zaraz po mango, malinach i ananasie.
- Mogłabym się jedną poczęstować?- zapytałam niepewnie patrząc na owoce.
- Jasne, bierz.- powiedział. W drugą dłoń chwyciłam brzoskwinkę i bez dłuższego zastanowienia ugryzłam. Co najciekawsze, w środku nie zastałam ani brzoskwiniowego miąższu, ani pestki. Za to słodki krem brzoskwiniowy, biszkopt i orzechy pokruszone na malutkie kawałeczki. W pierwszej chwili chciałam to wypluć, przerażona, iż owoce się po prostu zepsuły. Mój wyraz twarzy pokazywał najprawdopodobniej jedynie "O K***A, CO TU SIĘ WŁANIE OD****ŁO?!", jednak mimo wszystko było pyszne. Świeżo upieczony biszkopt doskonale komponował się z orzechami, a brzoskwiniowy krem, zimny krem, rozpływający się w ustach nadał temu małemu cudeńku charakteru.
- Nie smakuje?- powiedział zmartwiony Vlad widząc moją reakcję. Zjadłam cały wyrób lwa,  a dopiero po połknięciu ostatniej resztki kremu z biszkoptem odpowiedziałam na pytanie.
- Pyszne! Tylko nie wyglądają na ciastka, a na zwykłe owoce, stąd moje zdziwienie.- powiedziałam, starając się go uspokoić.

Vlad?

poniedziałek, 8 lipca 2019

Od Aries CD. Vlada III

- No dobra. Będziecie mogły się trochę wytarzać w mące ale pod jednym warunkiem. Potrzeba mi testerów smaku pralinek. Jak spróbujecie jednej z każdego rodzaju to pozwolę wam zająć się babeczkami.- powiedział Vlad, po czym udał się w stronę stołu, na którym stało mnóstwo przeróżnych pralinek. Zdawałoby się, że stół zaraz ugnie się pod ich nadmiarem, a jeśli dołoży jeszcze jeden rodzaj - rozpieprzy się jak balon pełen wody przekłuwany igłą. Jak my to wszystko zjemy... Tak oto brzmiała pierwsza myśl w mojej głowie. Jednak zaraz uświadomiłam sobie, że hej, masz przed sobą tyle pyszności, a ty narzekasz. Wyżerka za darmo, do tego dobra - czego chcieć więcej?
- Częstujcie się.- powiedział lew, po czym niepewnie podeszłyśmy bliżej stołu i wzięłyśmy pralinkę. Było ich około czterdześci, co na początku nie zdawało się na początku aż tak ogromną liczbą. Jednak po zjedzeniu trzech pierwszych zaczęłam czuć się jak jedna wielka cukrowa figurka. Każda czekoladka była słodsza od swojej poprzedniczki. Chłodna czekolada roztapiała się w ustach pod wpływem ciepłej temperatury, słodkie nadzienia (i nie tylko) dodawały im genialnego smaku. Każda była na swój sposób wyśmienita, jednak gdy je się je po jednej raz na jakiś czas, a nie wpitala naraz wszystkie. Nie cechował ich tylko smak, ale również genialne kształty. A to kwiatuszek z masy cukrowej, a to muszelka z czekolady truskawkowej. Wszystko było słodkie. Bałam się jedynie, że zwymiotuję z nadmiaru cukru, a Vlad pomyśli, że to przez smak pralinek. Po części tak, ale to tak naprawdę przez ich wyjątkowość mogłam je zwrócić. Głupia matka natura, grrrr. Chociaż akurat wątpię, aby tak pomyślał, bo wpierdalałam te małe cudeńka jak Rumun kawior.
- Asagiri, podaj mi proszę wodę.- powiedziałam po zjedzeniu ostatniej z nich. Szybszy był jednak jej dziadek.
- Aż tak złe?- zapytał podając mi szklankę wody. Wypiłam całą na jednym wdechu, a pomimo tego, dalej było mi słodko.
- Były pyszne, ale za dużo słodkiego na jeden raz jak dla mnie.- uśmiechnęłam się ciepło.
 
Vlad III?

Od Aries CD. Sorciego

Lunaver kazała wieczorem stawić się nam w ogrodzie pałacowym, aby przećwiczyć przemarsz nasz, jako druhen, i chłopaków, jako drużbów. Wraz z Asagiri oderwałyśmy się od szkicowania na kartkach przeróżnych babeczek i wypisywania składników do nich potrzebnych, aby być tam na czas. Odbębnić to co trzeba i wrócić. Najprawdopodobniej będziemy uzupełniały to w nocy i przez najbliższe dwa dni. Jednak ważniejsze było, aby przygotować się do przejścia. Jeśli nie zdążymy ze wszystkimi babeczkami to trudno, będzie mniej. Czekałyśmy dobre pół godziny na dróżbów wraz z Sorcim, jednak dalej ich nie było. W pewnym momencie, gdy koordynatorka zaczęła wychodzić z siebie, więc poszła ochrzanić swojego... Nie wiem kim on dla niej był. W każdym razie koordynatora spraw męskich czekał ostry wpierdol.
~*~
Po następnych parunastu minitach, wściekła Lunaver wróciła, a wraz z nią drużbowie i Sorci, który był najwyraźniej pijany. Postanowiłam podejść do niego i zagadać.
- Wszsytko w porządku? - powiedziałam, w oczekiwaniu na odpowiedź założyłam ręce na piersi. Lew już zbierał się do odpowiedzi, kiedy jednak potknął się o korzenie drzewa i o mało nie przewrócił, gdybym nie złapała go wraz z jednym z drużbów

Lunaver? 

Od Aries CD. Asagiri


Na chwilę po tym, kiedy Asagiri zgodziła się piec ze mną ciasta i inne przysmaki, Lunaver skończyła swoją przemowę i rozdawanie zadań a ja wraz z moją towarzyszką ruszyłyśmy do kuchni. Ślub miał się odbyć za tydzień, więc trzeba było zacząć wszystko obmyślać, przygotowywać torty i dania.
- Masz jakiś pomysł na smak tortu? Wiesz, mi to obojętne, ale trzeba to wymyślić. - powiedziała Asi, a ja po chwili namysłu zaczęłam swoją wypowiedź.
- Dobry mógłby być malinowo śmietan... - przerwał mi donośny, męski głos. Już chciałam krzyczeć, że debilu, teraz ja coś mówię, ale zza kuchennych aneksów wyłonił się Vlad III Palownik, więc postanowiłam nie realizować mojego planu darcia ryja.
- Drogie panie, przepraszam, że przerywam, jednakże ja wziąłem na siebie odpowiedzialność wypieku tortu. Podobnie jak innych przekąsek. Tak więc dziękuję wam za dobre chęci, pomożecie nam innym razem. - odparł a ja z podniesionym ciśnieniem chciałam powiedzieć mu, co myślę o tej sytuacji. Jednak Asagiri zdążyła mnie wyprzedzić.
- Dziadku, Lunaver poprosiła nas o przyrządzenie babeczek i innych słodkości. Może mogłybyśmy zająć się połową, a drugą połową zająłbyś się ty? - mówiła ze stoickim spokojem. Dziwiłam się jej opanowaniu, w końcu od tej rozmowy mogło zależeć to, czy będziemy mogły trochę się pobrudzić. A może to był klucz do sukcesu? Spokój?
Vlad III?

Od Aries CD. Vlada III

Cieszyłam się niemiłosernie, że to mój wybór był ostatecznym. Na dodatek był to pierwszy z wyborów. Nie byłśmy tam we dwie, że albo ja wybieram, albo na przykład Sephora, tylko było nas tam kilka i każda być może miała coś do zaproponowania. A jednak nie zważając na to, przystały na moją propozycję. Lunaver podała mi spowrotem suknię do rąk a ja usiadłam na swoim krześle, kładąc ją na kolanach. Byłam bardzo zadowolona z tego, że padło na nią. Wyglądała po prostu pięknie. Po ustaleniu jeszcze kilku kwesti koordynatorka przeszła do spraw związanych nie tylko z nami, ale z całym ślubem.
- Dziewczęta, posłuchajcie. Wiadomo, że na ślubie nie może zabraknąć poczęstunku. Totrem zajął się Vlad III, podobnie jak doglądaniem jedzenia. Jednak brakuje nam osoby, która zajęła by się jakimiś ciastami i innymi przekąskami. Czy któraś z was uważa, że zdążyłaby przed ślubem wszystko wykończyć i zdąrzyć w porę?- spojrzała na nas z nadzieją w oczach. Gdyby to był ktoś, kogo nie lubię, rzekłabym "nadzieja matką głupich" jednakże bardzo ją lubiłam. W tym momencie przypokniał mi się szalony pomysł Asagiri na otwarcie cukierni. To była doskonała okazja, aby spróbować swoich sił w cukiernictwie. Może nie była to najlepsza okazja ale szczerze wierzyłam, że podołamy zadaniu.
- Wiesz, ja mogłabym się tym zająć razem z Asagiri... Nie mam nic przeciwko, o ile nie będę musiała robić tego sama, nie zdążę w pojedynkę.- spojrzałam na Asagiri w oczekiwaniu na odpowiedź.

Asagiri? 

niedziela, 7 lipca 2019

Od Aries CD. Lunaver


Wszyscy chodzili jak poparzeni i robili wszystko na łeb na szyję. Nie byłam w nic wtajemniczona, co trochę zaczęło mnie irytować. Chodziłam za co poniektórymi osobami w nadziei, że coś zrozumiem. Jednak wszystcy tylko z podnieceniem rozmawiali o czymś TAK WIELKIM. O czym oczywiście nic nie wiedziałam. Na swojej drodze zauważyłam Asagiri. Może ona coś wie?
- Asi, słuchaj, wiesz moż... - przerwała mi. Nie lubiłam, gdy mi przerwano. W ten sposób nie mogłam dokończyć ani swojej wypowiedzi, ani myśli.
- Aries, nie ma tu za dużo do gadania, chodź! - złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę dużego, zamkowego pomieszczenia. W środku były Raluca, Ellana, Sephora, Rahea, Marigold, Damaris oraz Lunaver. Siedziały w kręgu na krzesłach, a gdy wraz z Asagiri z hukiem wpadłyśmy do sali spojrzały w naszą stronę. Stolik z herbatą i ciastkami zadrżał delikatnie, na co jedna z dziewcząt jedynie posłała nam spojrzenie mordu. Poczęstunek został przygotowany również dla nas, więc usiadłam wygodnie na krześle, złapałam w jedną dłoń ciastko i ugryzłam. Mmmm, czekolada.
- O co chodzi? - zapytałam poprawiając się i spoglądając na Asagiri, która się ze mnie śmiała.
- Dziewczyny, jak pewnie wiecie Vlad IV, wnuk mojego brata zamierza wziąć ślub. Moim zadaniem jest przygotować jego wesele. Wy będziecie druhnami jego przyszłej żony Rose, ja jestem koordynatorką. Powinnyśmy więc dogadać szczegóły waszego wyglądu i towarzystwa pannie młodej.-powiedziała Lunaver. Ktoś się żeni, a ja nic o tym nie wiem?! Zbyt gwałtownie poprawiłam się do pozycji takiej, w jakiej powinnam być od początku, przez co kubek z herbatą upadł i roztrzaskał się na milion kawałeczków.
-Przepraszam...
- Nic nie szkodzi. Usiądź po prostu tak jak powinnaś, i nie wykonuj zbyt gwałtownych ruchów. - powiedziała do mnie Sephora.
- Ja mogę pomóc przy doborze kreacji.- powiedziałam ochoczo. Lunaver wskazała ręką na zagłębienie, w którym znajdowały się suknie. Przebrałam kilka i znalazłam jedną, która wyglądała oszałamiająco. Wzięłam wieszak, na którym wisiała i pokazałam wszystkim. 
-Ładna, prawda? - dziewczyny wraz z Lunaver pokiwały głowami. Ver gestem ręki poprosiła mnie, abym podeszła do niej z sukienką, żeby ona mogła zobaczyć ją bliżej. 
- Czy wszystkim to odpowiada? - spytała, po czym wszystkie potwierdziłyśmy. - W takim razie mamy wybraną suknię.
<Vladziu III?>

środa, 3 lipca 2019

Od Aries CD. Lucyfera


-Cześć ... początkowo myślałem, że jesteś tygrysicą. - powiedział lew. Spojrzałam na niego jak na debila, w końcu, z której strony wyglądam na tygrysa płci żeńskiej? Kurwa, tygrysy są pomarańczowo czarne z tego co się orientuję, a moja sierść jest biało czekoladowa. Bardzo podobne kolory, prawda?
- Zabawne - powiedziałam sarkastycznie, starając się nie wybuchnąć złością i jednocześnie śmiechem.
- Jestem Lucyfer ... miałem upolować jakąś zdobycz, ale rzuciłaś mi się w oczy więc postanowiłem przełożyć to na potem. Znasz może jakieś fajne miejsca tutaj ?- zapytał na jednym wdechu.
-Zwróciłam Twoją uwagę tym, że TWOIM- podkreśliłam to słowo tak bardzo, jak tylko mogłam- zdaniem wyglądam jak tygrysica, czy tym, że szukasz wrażeń?
-Miałem na myśli Twoją nietypowość, ale cóż, skoro tak na to patrzysz.- uśmiechnął się lekko. Irytowało mnie to co on robił, to co on mówił, irytowała mnie sama jego obecność. Był ode mnie starszy, nie wiem ile konkretnie, ale na pewno był starszy. Przez to czułam się trochę nieswojo.
-Ile masz lat?- zapytał po chwili ciszy, której miałam nadzieję, nie przerwie, jednak moje ciche błagania o to w duchu nie zostały wysłuchane.
- Tygrysicy o wiek się nie pyta.- odparłam dumna z siebie, że zagięłam go jego własnymi słowami.
- No cóż, skoro tak stawiasz sprawę, to daruję sobie komplementy w Twoją stronę.- spojrzał na mnie złośliwie. Co jak co, ale robiło mi się miło, kiedy ktoś mówił mi, że jestem miła, ładna i tym podobne, bo sama miałam bardzo niską samoocenę. Stałam jak wryta, gdy tak naprawdę dowiedziałam się, że coś mu się we mnie spodobało. Chwile milczałam i stałam zapatrzona w pustkę. Po chwili szybko przypomniałam sobie pytanie samca – fajne miejsce. Sama jestem tu od niedawna, więc palnęłam nazwą jakiegoś miejsca, które mi się podobało.
-Chodźmy na lawendowe pola.- powiedziałam szybko. Samiec przystał i ruszył za mną. Droga minęła nam w ciszy, a właściwie połowa drogi. W końcu Lucyfer postanowił się odezwać.
- Już wiem, od czego masz tak fioletowe oczy.- miałam dłuższą zwiechę, o co mu chodzi. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że moje oczy są w lawendowym odcieniu. Jednak postanowiłam się dowiedzieć, skąd wysnuł taki wniosek.
- Oh, doprawdy? Opowiedz mi o tym.
- Otóż, urodziłaś się z przezroczystymi tęczówkami. Twoi rodzice martwili się, że jesteś ślepa, więc karmili Cię różnymi roślinami, które mogłyby zabarwić twe oczy. W końcu padło na lawendę, tylko ona zadziałała skutecznie.
- Haha, bardzo śmieszne. A co, zazdrościsz oczu?- zatrzymałam się i stanęłam twarzą do niego, patrząc na niego drwiąco, w oczekiwaniu na odpowiedź.
<Lucyfer? Śmieszek ze mnie xd>

Od Aries CD. Asagiri

-Jesteś genialna Aries. Załóżmy swoją własną, najlepszą cukiernię na świecie!- powiedziała entuzjastycznie Asagiri. Walnęłam mentalnego Face Palma. Cholera, Aries, po co się w ogóle odzywałaś.
-Piłaś coś?- zaczęłam wąchać nosem wokoło jej szyji, w poszukiwaniu zapachu alkoholu. Niestety, jedyna wyczuwalna woń, to woń wilgoci deszczu. Rozpadało się bardziej. Lekko podskoczyłam, wystraszona hukiem pioruna.
-Nie, dlaczego?- zaśmiała się.
-Asi, przecież to nie wyjdzie.- spojrzałam na nią jak na dziecko. W sumie nie wiem czemu,w końcu, obie miałyśmy tyle samo lat.
-Nie marudź tylko chodź.- powiedziała i pociągnęła mnie za nadgarstek w stronę pałacowego ogrodu. Zasłaniałam się rękami jak tylko mogłam, byleby nie zmoknąć. Co i tak niewiele dało. Spojrzałam na nią karcącym wzrokiem za to, że karze mi stać na takiej ulewie. Jednak myśl o cukierni cały czas krążyła w mojej głowie. Była to naprawdę kusząca propozycja. W mojej głowie pojawił się obraz szczęśliwych dzieci, które latają po całym zamku z ciasteczkami przeróżnej maści. W zamyśleniu stałam jeszcze chwilę, aż wyrwał mnie z niego huk. Jednak nie był to skutek burzy, a jedynie przerzucanie skrzynek.
-Siadaj.- pokazała palcem na jedną z nich Asagiri. Usiadłam, gdyż stała ona pod drzewem i liczyłam na to, że chociaż nie będzie padało mi na głowę.
-Wiesz, ten pomysł z cukiernią wcale nie jest taki zły.- przyznałam.

<Asagiri? Przepraszam za długość i jakość>